Wygląda na to, że wyższa inflacja na dobre i na długo będzie elementem naszego życia gospodarczego. Weszliśmy bowiem w proces stagflacji. Czyli stan gospodarki, kiedy równocześnie spada koniunktura gospodarcza i rośnie inflacja. Z takiego stanu bardzo trudno jest wyjść stosując klasyczne narzędzia banku centralnego. Aby bowiem walczyć z inflacją należałoby stosować rygorystyczną politykę pieniężną. Ale z drugiej strony, aby napędzić koniunkturę, należałoby stosować politykę gołębią. A najwyraźniej RPP stoi po stronie koniunktury, kosztem inflacji. W znacznej mierze słusznie, tym bardziej, iż inflacja jest w dużej części napędzana czynnikami pozapieniężnymi. Co przy tym ciekawe, spadającemu wzrostowi PKB wciąż nie towarzyszy rosnące bezrobocie. A to dodatkowy czynnik napędzający spiralę inflacyjną. Wzrost cen wywołuje bowiem presję płacową (nie tonowaną przez bezrobocie), ta z kolei powoduje wzrost kosztów produkcji, a w efekcie dalszy wzrost cen. I kółko się zamyka.

Stan stagflacji jest trudny nie tylko dla gospodarki, ale i dla inwestorów. Zwłaszcza, jeżeli wysokiej inflacji towarzyszą niskie stopy procentowe – jak mamy obecnie. A zapewne jeszcze przez co najmniej kilka kwartałów – skoro Prezes NBP sugerował ongiś nawet, że stopy mogą pozostać niezmienione do końca jego kadencji, a więc do 2022 roku.

Przy takich uwarunkowaniach, trzymanie pieniędzy na lokatach jest czystą realną stratą. Podobnie rzecz wygląda w odniesieniu do obligacji skarbowych – zwłaszcza o stałym oprocentowaniu. Już teraz odsetki są poniżej inflacji, a może być jeszcze gorzej. Modelowo zakłada się, iż dłużne instrumenty o zmiennym kuponie to generalnie najlepszy rodzaj inwestycji na taki okres, ale i tu można znaleźć słabe punkty. Wadą obligacji zmiennokuponowych jest w szczególności zmienność dochodu oraz mały dochód przy niskiej inflacji. Ciekawym rozwiązaniem w tym kontekście jest stworzony przez BREWE Leasing instrument finansowy pod nazwą KWIT Dochodowy Premium. Łączy on w sobie zalety instrumentu finansowego o zmiennym i o stałym dochodzie. Mianowicie do pewnego poziomu inflacji wypłacany jest stały kupon. Przy rosnących stopach WIBOR zamienia się w instrument o zmiennym oprocentowaniu.

Jeżeli jednak już koniecznie ktoś chciałby inwestycje w obligacje skarbowe, to można ewentualnie dyskutować o obligacjach skarbowych indeksowanych inflacją – w szczególności o obligacjach 4 letnich. Zabezpieczają bowiem one wprawdzie przed wysoką inflacją, ale tylko częściowo. Bo po pierwsze, w pierwszym okresie są oprocentowane poniżej inflacji. Po drugie, następuje tu wsteczne obliczanie inflacji. To odróżnia obligacje indeksowane inflacją, od tych indeksowanych stopą WIBOR, gdyż stopa WIBOR odnosi się do przewidywanego (a nie wstecznego) przyszłego kosztu kapitału i inflacji. A zatem obligacje indeksowanie inflacją, są niekorzystne przy rosnącej inflacji. Dodatkowo kupony należałoby reinwestować, by chronić kapitał początkowy. Przede wszystkim jednak obligacje indeksowane, w okresie niskiej inflacji przynoszą niższy dochód niż inne instrumenty finansowe – np. przy zerowej inflacji otrzyma jako kupon tylko marżę 1,25%.

Na pewno lepiej pod względem zyskowności prezentują się korporacyjne papiery dłużne, ale z kolei są one obarczone wyższym ryzykiem. Ryzyko takie możemy jednak w znacznym stopniu wyeliminować poprzez dywersyfikację portfela papierów dłużnych.

Często uważa się, że złoto chroni przed inflacją. Nie do końca jest to prawdą. Warto zresztą zwrócić uwagę, iż tak naprawdę w złoto nie inwestujemy, tylko nim spekulujemy. Czyli zarobić możemy wyłącznie na ruchach cen, a samo posiadanie złota może generować co najwyżej koszty. A ceny złota, jak każdego towaru, podlegają wahaniom, zależnym od podaży i popytu. A tak się zwykle składa, że na pomysł na inwestycje w złoto, jako remedium na ciężkie czasy, wpada do głowy wielu ludziom w tym samym czasie.  W rezultacie często bywa tak, że oczekiwaniom inflacyjnym towarzyszą rosnące ceny złotego kruszcu, a spadkowi inflacji zjawisko odwrotne. Nic dziwnego, że obecnie ceny złota biją kilkuletnie rekordy i zbliżają się do szczytowych wartości z rok 2011. A ten kto kupił złoto po cenach z tamtego roku, do dziś nie odrobił strat z tego tytułu. Nie znaczy to, że ceny złota nie mogą jeszcze wzrosnąć, ale pomyłką jest traktowanie złota jako bezpiecznej przystani.

Podobnie wygląda sytuacja z nieruchomościami. Ich ceny również zbliżyły się, a nawet przewyższyły swoje rekordowe wartości z przełomu lat 2007/2008. I znów nie znaczy to, że ceny nie mogą jeszcze wzrosnąć. Jednak ten, kto będzie nieruchomości traktował jako pewną lokatę, może się pewnego dnia rozczarować spadkiem cen o kilkadziesiąt procent – a przecież tyle spadły ongiś ceny ze wspomnianego szczytu do dołka lat 2012/2013.

Przy obniżającej się koniunkturze gospodarczej, inwestowanie w instrumenty właścicielskie – w szczególności akcje, staje się również obarczone wysokim ryzykiem. Spółki mogą osiągać w takich trudniejszych warunkach gorsze wyniki gospodarcze, a to powodowałoby również spadki kursów na rynkach notowań. Oczywiście, można próbować wyjść z inwestycjami w akcje poza Polskę, ale to z kolei wymaga jednak jeszcze więcej specjalistycznego przygotowania i czasu.

Fundusze inwestujące w instrumenty dłużne lub pieniężne pozwalają na dywersyfikację ryzyka, ale nie dadzą wysokich stóp zwrotu. Nie inwestują one przecież w nic innego niż w dostępne na rynku papiery dłużne, a dodatkowo część gotówki muszą trzymać w rezerwie i pobierają opłaty za zarządzanie. Trudno więc takim funduszom pobić rynek pod względem zyskowności.

Czyli jednym słowem, nie jest to łatwy okres dla inwestycji, ale nawet w takim czasie nie jesteśmy całkiem bez wyjścia na wspomnianym polu.

Paweł Zaremba-Śmietański

Share This